NOWY PORTAL - wersja BETA
mamy już
509redaktorów
o co chodzi w portalu
Kliknij tutaj, aby szukać po branży
dodaj artykuł
ZLECENIA OGŁOSZENIA ZAMÓW REDAKTORA ZAMÓW TEKST KUP ARTYKUŁ
POLECAMY:   Nie dopuść do wypalenia! AIDS pokonany?
 
 
Jesteś tutaj:Strona główna>Lista artykułów>Prezentacja artykułu

Łambinowice, historia zbrodni.

Dodano: 15.09.2015, autor: @Awers
kategoria: Polityka,  ocena: 2,  rodzaj: Ogólnodostępny
Cierpienie w naszym życiu jest prawie tak naturalne jak choroba i doświadczamy go równie niechętnie. W przypadku choroby jednak nikt nie próbował nikomu wmawiać, że przeżywanie jej uszlachetnia, a to właśnie próbuje się czasem przypisać cierpieniu.

Jest ono zawsze doznaniem głębokim i dlatego ma swoje wielorakie konotacje kulturowe i naukowe. Ale czy zatem mamy dla niego właściwy respekt? Owszem, już od dzieciństwa przecież, od pierwszego stłuczenia dupska czy zakazanej zabawy z ogniem lęk przed nim podsuwa nam zdrowe odruchy samozachowawcze, zaś nieszczęście innych refleksję „jak dobrze, że to nie mnie”… Następny stopień edukacji to fakt, że nie zawsze nasze cierpienie spotyka się ze współczuciem najbliższego kręgu ludzkości. Co więcej, bywało, że taką bolesną nauczkę matka jeszcze poprawiła klapsem, a kolesie z podwórka wyśmiali. Taka niesprawiedliwość uczy, że nie wystarczy cierpieć, aby krzywda została nam uznana. Ba, czasem lepiej iść w ciemny kąt poskomleć, niż komukolwiek ujawnić przyczyny naszego bólu. I tak mijaliśmy progi człowieczeństwa. Ale czy coś z tego wynika?

Na przykład jeśli teraz stan wojenny w Polsce orzeczono jako nielegalny to wszyscy, którzy brali w nim udział (czyli wszyscy mieszkańcy podwórka) stosując się do ogłoszonych przepisów brali udział w przestępstwie, czy też może stali się jego ofiarami (a więc mogą dochodzić poniesionych krzywd)? I czym w tej sytuacji stało się nasze ówczesne podwórko (czytaj państwo)?

W maju 1945 roku, tuż po zakończeniu działań wojennych na terenie Opolszczyzny zderzyły się dwie fale uchodźców; niemiecka - z rejonów sudeckich i polska – zza Buga. Obie wybiedzone, wystraszone i kompletnie zdezorientowane. W niewielkiej miejscowości Lamsdorf kilka tysięcy takich ludzi obu narodowości dzielił tor kolejowy i dziejowe koleje losu, które ich tutaj przywiodły. Poza tym byli prawie podobni z powodu nędzy, bezdomności i niepewności jutra (nie licząc różnic w kroju resztek odzienia).

Równocześnie na całym Śląsku przygotowywano akcję weryfikacyjną mającą na celu z pośród ludności miejscowej wyłuskanie hitlerowców oraz wszelkiego niemieckojęzycznego pomiotu. Wojewodą śląsko - dąbrowskim mianowany został świeżo awansowany gen. dyw. Aleksander Zawadzki, który miał podołać temu zadaniu oraz paru innym, jak polowania na akowców. Pupil słynnego gen.”Waltera” pochodził z rejonu Dąbrowy Górniczej więc , jako były górnik i komunistyczny działacz i partyzant, szkolony w ZSRR mrozem nowosybirskim i ideologią, teoretycznie nadawał się wtedy jak mało kto.

Przez Opolszczyznę przewijali się różni ludzie; wracali z robót przymusowych i frontów - demobilizowani z armii polskiej i dezerterzy z Wehrmachtu. Ślązacy przyjmowali ich ze zrozumieniem, a repatriantów nawet ze współczuciem. Cieszyli się, że wraz z polską flagą uwolnieni zostali od brunatnego reżimu, dzielili się mieszkaniem, chlebem i dobytkiem. Wielu z wołyniaków miało w oczach świeże jeszcze obrazy okrucieństw i cierpień najbliższych. Wszyscy nie zdążyli policzyć strat oraz krzywd zdanych przez wojnę. Były także najazdy ekip szabrowniczych najczęściej z centrum Polski. Ich wałęsający się „zwiadowcy” próbowali wchodzić do gospodarstw pod byle pretekstem, bo wsie murowane, solidne meble, dużo maszyn rolniczych, a i transportery do gnoju z silnikami elektrycznymi działały wszędzie tam, gdzie Rosjanie nie zdążyli zarekwirować.

Wojska rosyjskie przeszły w pośpiechu, popędzane ofensywą na Odrze i Nysie oraz w Sudetach. Stąd właśnie wzięła się ludność niemiecka, która obawiając się iść do linii frontu, odbiła na Śląsk.


Brakowało administracji i służb porządkowych. Do milicji przyjmowano więc ochotników skąd kol wiek; byle mieli dokument, że są Polakami, mówili i pisali w ojczystym języku i… zgodzili się wstąpić do Pepeeru. Weryfikacja dokumentów była wówczas raczej niemożliwa. W lipcu w Lamsdorfie przemianowanym na Łambinowice, zgodnie z rozkazem wojewody powstał „obóz koncentracyjny” dla Niemców i podejrzanych o służbę dla Rzeszy. Tak właśnie nazwano to miejsce w dokumencie podpisanym przez Zawadzkiego Było gdzie, bo na dużym terenie stały gotowe baraki po jeńcach wojennych zwożonych tu ze wszystkich prawie pól bitewnych. Stary niemiecki garnizon od wojny francusko-pruskiej swój poligon przemieniał w obóz dla jeńców. Zostały tu solidne zabudowania stajni i wozowni przerobione na garaże i magazyny, budynek koszarowy oraz kasyno.



Ostatni byli powstańcy warszawscy z samym rotmistrzem Pileckim. Pozostały po nich setki świeżych mogił i dobrze wyposażony obóz. Zostali też niektórzy jeńcy – polscy żołnierze od Amdersa mający za sobą wcześniejszą ucieczkę z Wehramchtu. Jednocześnie komendantem obozu mianowany został sierżant MO Czesław Gęborski z komisariatu w pobliskich Nowielicach. Miał ukończone dwadzieścia jeden lat i początkowo sam był zatrzymany z podejrzeniem o kolaborację. Szybko jakoś się okazało, że to partyzant z AL. co, wraz ze stopniem podoficerskim, potwierdził sam komendant też z tej właśnie formacji. Co starsi w Nowielicach wspominają dwóch milicjantów bliźniaków służących też na tej właśnie komendzie. Ochotnicy zaczęli razem, a skąd ich przywiał wiatr nikt już nie pamięta; możliwe, że z Dąbrowy. Okolica spora, przesiedleńców obu nacji mnóstwo to i roboty po uszy. Trzeba było ich zatrzymywać, doprowadzać, przesłuchiwać… Jeden bił, drugi nie chciał - twierdził, że nie może, więc musiał odejść ze służby

W akcjach milicję wspierało czasem KBW, bo chodziły słuchy o maruderach niemieckich i rosyjskich kradnących co się da, a nawet o pojawieniu się grupy Wehrwolfu. Ot, powojenny bałagan na „poniemieckim” terenie, za to władza słaba i nieprzygotowana do odzyskiwania ziem z Reichu. Ale harda. Włóczyli się po wsiach, włazili do domów sprawdzać dokumenty i inwentarz, dokwaterowywali repatriantów. Jeśli potem przyjeżdżali znów, zabierali do obozu wraz rzeczami osobistymi jak na podróż i wtedy zaczynała się gehenna. Bywało, że wjeżdżali do wsi ciężarówkami i przetrząsali wszystkie gospodarstwa, niszcząc i rabując. Jeśli milicjant miał na kogoś haka, a ten nie miał dokumentów na polskość, praktycznie zawsze mógł skończyć w obozie. Znane stały się przykłady aresztowań „za piękne meble”, czy konie dobrej rasy. Podejrzani lądowali za drutami, a dobytek gdzieś w Polsce. Czasem pojedynczy milicjant potrafił starszego człowieka pogonić z zarekwirowanym od niego radiem parę kilometrów z domu na posterunek. Pewnego młodzieńca, który właśnie wrócił z przymusowych robót nie obroniły przed obozem nawet dokumenty, a przy aresztowaniu omal nie zginął uderzony w skroń lufą karabinu milicjanta. Ludzie i dzieci nauczyli się umykać na widok człowieka z biało-czerwoną opaską na rękawie.


Repatrianci także szybko zaczęli się zmieniać. Wmawiano im, że są lepsi niż „miejscowi”, więc wielu zaczęło się panoszyć, spychając gospodarzy do komórek lub izb gospodarczych. W całej okolicy znów zapanował strach.

W obozie pozbawiano dokumentów, dobytku i godności. Złoto i kosztowności zabierano od razu. Stosowano sprawdzone metody, „niech hitlerowcy poczują jak to smakuje”. Jak zeznali sami strażnicy, esesmanów, kolaborantów gestapo i partyjnych „załatwili” w dwa pierwsze tygodnie. Potem przybywali cywile, nawet całe rodziny. Przesłuchania najczęściej przeprowadzano przy pomocy nahajek. Urządzano apele, przeglądy baraków, „gimnastyki” dla mężczyzn według esesmańskiego wzorca. Komendant kazał kupić sobie bryczkę, którą przyjeżdżał z willi zajętej na obrzeżach miasteczka. Żeby dodać sobie powagi, sierżant Gęborski zapuścił baki, a do pasa z pistoletem lubił doczepiać dwa granaty. Miewał także fantazje; w ramach gimnastyki urządzał więźniom bitwy na kije. Kazał im wtedy zakładać niemieckie hełmy i podzielonym na dwie drużyny walić się wzajemnie po głowach. Innym razem starszemu mężczyźnie kazał przebrać się w mundur Wehrmachtu, wejść na drzewo i śpiewać hitlerowskie piosenki. Gdy nie chciał śpiewać, strażnicy strząsnęli go z drzewa i na ziemi wspólnie z komendantem skopali na śmierć, innego zabił na apelu. Kiedyś, gdy pan komendant miał zły humor, zajeździł nieposłusznego więźnia kołami swej bryczki, nawracając nią wielokrotnie. Apele i kontrole baraków żeńskich miały inny rytuał, opisu którego jednak tutaj poniecham. W sierpniu, w upalny dzień zmusił więźniów do ekshumacji gołymi rękami mogił rozstrzelanych ofiar gestapo. Kobiety zmuszał do całowania trupów. Wiele z nich potem rozchorowało się i zmarło. Załoga obozu, choć miała etatowe przydziały na siebie oraz więźniów, okradała ich z prowiantu systematycznie, ponieważ braki aprowizacyjne i pewnie handel przydziałami powodował w obozie stałe niedobory. Najtrudniej miały matki z małymi dziećmi, bo mleko było rarytasem, więc do czego były za nie zmuszane nie będę opisywać, tak jak i skutków częstych pijatyk milicyjnej załogi. Opiszę krótko tylko ostatnią.

Czwartego października 1945 roku podpalono jeden z kobiecych baraków. Mężczyźni pobiegli gasić i wtedy strażnicy zaczęli strzelać do wszystkich z karabinów maszynowych. Wielu zabito, wielu spłonęło żywcem (w akcie oskarżenia doliczono się 48 osób).

Wieść o masakrze błyskawicznie dotarła do Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa, skąd przyjechała komisja, zaś Gęborski poszedł na zwolnienie lekarskie. Meldunek napisany odręcznie przez szefa komisji był pełen przerażenia. Zawierał także wniosek z kontroli szafek milicjantów z załogi obozu, w których znaleziono mundury rosyjskie i niemieckie. Wszystko wskazywało na to, że w czasie wolnym strażnicy rabowali okolice udając jednych i drugich. Bilans obozu od lipca do października był tragiczny.

Pierwsze śledztwo przeciw Czesławowi Gęborskiemu podjęto już tydzień po pożarze. Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Katowicach zarzucił mu, że w dniu masakry rozkazał strażnikom strzelać do więźniów. Na sporządzonej liście ofiar znalazło się 48 osób. Za przekroczenie obowiązków służbowych komendant trafił nawet na krótko za kratki do Wrocławia, gdzie przebywał na specjalnych warunkach, a nawet pomógł w skazaniu jednego z żołnierzy NSZ. Żadnej kary sam nie poniósł, bo prokuratura ostatecznie umorzyła sprawę w 1947 r. Nikt nie postawił zarzutu całkowitego braku kontroli nad obozem ze strony przełożonych. Gęborski wrócił do pracy w milicji. Wkrótce wstąpił do katowickiego UB jako oficer łącznikowy samego Zawadzkiego.

Po odwilży, w 1956 roku sprawa obozu jednak wróciła. Zeznawali mieszkańcy wsi, byli więźniowie, starano się o ekshumację zbiorach mogił, żeby wreszcie przeliczyć wszystkie ofiary. Niestety, teren znów należał do wojska, tym razem polskiego, a komenda poligonu odmówiła zgody. Były komendant Łambinowic został jednak oskarżony o znęcanie się nad więźniami i zabójstwa. Kapitana SB aresztowano ponownie. W więzieniu Gęborski podjął demonstracyjną, 40-dniową głodówkę. Podczas trwającego ponad rok procesu, który odbywał się przy drzwiach zamkniętych, bez udziału prasy, prokuratorom zabroniono żądać wyroku śmierci, sędziowie występowali w roli obrońców oskarżonych, a wielu zastraszonych świadków odwoływało swoje zeznania. Sam oskarżony wygłosił na Sali płomienną mowę o rewizjonistycznym i antypolskim kontekście sprawy, bo w NRF wydano książkę ze wspomnień więźniów. Razem z Gęborskim sądzony był też jego zastępca Ignacy Szypuła. Zginął w czasie procesu, gdy, po rozmowie z prokuratorem w Opolu, zdecydował się mówić prawdę. Ponoć po pijanemu wypadł z balkonu. Szypuła pił dużo już w obozie i potrafił wtedy strzelać nawet do dzieci. W 1959 r. obaj zostali uniewinnieni z braku przekonujących dowodów. Zeznania dziesiątków świadków zamknięto określeniem „zbiorowej histerii”, wywołanej przez Niemców. Ministerstwo Sprawiedliwości zakazało też oskarżycielowi wnosić rewizję. W części dotyczącej pożaru śledztwo umorzono, z powodu... rzekomego zaginięcia akt sprawy z lat 1945-47 (faktycznie zniszczono je dopiero 10 lat później, czyli w czasie procesu). Czesław Gęborski w rok po procesie zażądał 200 tys. zł odszkodowania za krzywdy, wynikające z jego aresztowania, ale sąd oddalił wniosek.

Na jednej z rozpraw Gęborski przyznał, że w obozie stosował regulamin obozów hitlerowskich, gdyż innego nie znał. Tego regulaminu miał doświadczyć na własnej skórze w czasie niemieckiej okupacji, jako więzień obozu Kochłowicach na Śląsku (po ucieczce i po ponownym aresztowaniu, z transportu do Oświęcimia odbiła go Armia Ludowa, której był członkiem). Na pewno nie trafił jednak do Oflag Lamsdorf VIII/B, gdyż mieścił się tu jeden z obozów dla jeńców wojennych gdzie z ponad 300 tys. osób zmarło ponad 40 tys.. Był więźniem lagru skrzywdzonym przez Niemców ledwie kilkanaście miesięcy wcześniej.

W 1966 roku dokumentacja procesowa w sprawie o popełnienie zbrodni masowej w Łambinowicach zginęła w całości z prokuratury we Wrocławiu. Dochodzenie niczego nie wyjaśniło, więc praktycznie było po sprawie. Gdyby nawet pojawiły się nowe fakty lub dowody – nie było do czego ich już dołączyć.

Po ćwierćwieczu w 1990 roku emerytowany sędzia, pełniący funkcję przewodniczącego Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich w Opolu, ruszył do Komendy Wojewódzkiej w Katowicach, aby przejrzeć szafy dokumentów do likwidacji. Na samym dnie jednej z nich odnalazł dwanaście tomów akt skradzionych z Wrocławia. Były prawie kompletne; prawie, bo zniknęły ustalone wcześniej listy zamordowanych i zmarłych. Reszta była w komplecie. Teraz należało odnaleźć nowe okoliczności, aby wznowić oskarżenie.

W 1991 roku zainteresował się sprawą zespól filmowych dokumentalistów, telewizja, prasa. Ekipa przyjechała do Łambinowic i okolic robić zdjęcia z żyjącymi świadkami. Jedna z więźniarek, córka zawiadowcy, choć mieszkała naprzeciw bramy obozu, pierwszy raz od tamtego czasu odważyła się wejść do obozu na prośbę filmowców. Film ostatecznie przyjął tytuł „Kainowe pole”, powstała także audycja radiowa i reportaż telewizyjny. Nie było im łatwo, bo wciąż nie wszyscy żyjący świadkowie mieli odwagę mówić o sprawie. Nawet jeden z dawnych oskarżycieli też nie zgodził na nagranie. Usprawiedliwił się, że ta sprawa zatrzymała mu zawodową karierę na wiele lat, za to stary sędzia wspomagał doświadczeniem i radą. Powstałe materiały medialne wzbudzały polemiki, oburzenie i niedowierzanie. Sprawa w końcu znów ucichła, tylko Gęborski, emerytowany pułkownik SB stracił spokój wysłużonego funkcjonariusza. Niemieckie wydania książki po każdym wznowieniu podnosiły liczbę ofiar obozu aż doszła do 12 tysięcy, zaś ekshumacji nadal nie można było zacząć.



Zarzuty Czesław Gęborski usłyszał dopiero w 1999 roku, proces toczył się do 2005 roku, gdy został przerwany ze względu na zły stan zdrowia oskarżonego. W czerwcu 2006 roku zmarł w wieku 82 lat obwiniony o zamordowanie około czterdziestu osób. Sprawę umorzono.

Dziś dzieci repatriantów z kresów, jako urodzone w Oberschlesien poszukują lub znalazły kariery zawodowe w Niemczech. Starzy Ślązacy śmieją się z tego pod nosem, aby nie wzniecać dawnych animozji. A krzywda? Pewnie umrze wraz z ludźmi bez prawa do uznania. Ilu Ślązaków i Niemców zginęło w Łambinowicach naprawdę? Na pewno co najmniej około dwóch tysięcy. Stracił tam życie także prezes Stowarzyszenia Polaków w Niemczech, bo nie znał dobrze polskiego. Przetrwał oba powstania, całą wojnę pod reżimem Gestapo, ale „wyzwolenia” już mu się nie udało.

Kiedyś na antenie radiowej po audycji o tragedii łambinowickiego obozu pewna kobieta po Auschwitz wykrzyczała do autora, że jest podły, broniąc hitlerowców i Niemców. Mieszała go z błotem kilka minut na falach eteru. Wtedy zadzwoniła historyczna pisarka Jadwiga Żylińska i powiedziała: „zdziwiona jestem tym, że ludzie, którzy sami doznali tak wielkich cierpień w obozach hitlerowskich nie potrafią uznać cudzej krzywdy. Nie rozumiem dlaczego tak jest.” Może dlatego, że cierpienie wcale nie uszlachetnia, ale upodla. Choć przecież wolałbym się mylić.

Wojny mogą wybuchać nagle, lecz nigdy nie kończą się wraz z dniem ogłoszenia pokoju, bo krzywdy żyją dalej, powodując długotrwałe skutki. Krzywdy nie uznane, pozostawione w milczeniu ofiar, nie dają szans na odkupienie win. Nikt nie wie czy, jak i kiedy mogą wypłynąć z zapomnienia z nową goryczą.

altalt
GALERIA

 

OCENA ARTYKUŁU

Pomóż nam budować ranking artykułów, oceń powyższy.
oceń artykuł
średnia ocen
2
Wykonawca: PERSABIO
Wszelkie prawa zastrzeżone

zamknij
zamknij

Czytaj artykuły z wybranej kategorii

kliknij w nazwę kategorii aby przejść do listy artykułów
zamknij

Znajdź specjalistę z wybranej branży

kliknij w nazwę branży aby przejść do listy specjalistów publikujących w niej artykuły