NOWY PORTAL - wersja BETA
mamy już
509redaktorów
o co chodzi w portalu
Kliknij tutaj, aby szukać po branży
dodaj artykuł
ZLECENIA OGŁOSZENIA ZAMÓW REDAKTORA ZAMÓW TEKST KUP ARTYKUŁ
POLECAMY:   Nie dopuść do wypalenia! AIDS pokonany?
 
 
Jesteś tutaj:Strona główna>Lista artykułów>Prezentacja artykułu

Bóg w elektrowni

Dodano: 09.10.2015, autor: Paweł Wiśniewski
kategoria: Kultura i sztuka,  ocena: brak,  rodzaj: Ogólnodostępny
Wszystko spowija mgła i dziwne żółte światło. Jego źródłem jest wiszące w hali słońce. Ludzie stoją jak wryci, z zadartymi głowami. Zaświeciło 10 października 2004 roku. W Sali turbinowej jest jak w kosmosie. O wspaniałym wydarzeniu jakie wydarzyło się w gmachu dawnej elektrowni nad Tamizą, mówi cały Londyn. Budynek jest olbrzymi. Jego fasada wzdłuż Tamizy ma 200 metrów długości. Wysokość 15 – piętrowego bloku, do tego stumetrowy komin. Wszystko monumentalne, z żółtej cegły. Świetnie współgra z katedrą Świętego Pawła, która leży naprzeciwko po drugiej stronie Tamizy.
Ale w niedzielne przedpołudnie słynna londyńska świątynia, perła baroku, jest pustawa. Strumień ludzki zamiast do wielkiej katedry płynie do wielkiej galerii. Przez szerokie drzwi od strony rzeki fala ludzi wlewa się najpierw do obszernego, pełnego dziennego światła przedsionka, by zaraz potem dotrzeć do celu, Hali Turbinowej. Tutaj tłum przestaje być tłumem. Zmienia się w zbiór jednostek. Jednostki, wszystkie bez wyjątku, wytrzeszczają oczy i milczą. Przynajmniej nim minie pierwszy szok. Ludzie bardzo przeżywają spotkanie z dziełem Olafura Eliassona.
Hala Turbinowa w galerii Tate Modern to największa przestrzeń wystawowa na świecie. Stanowi połowę całego budynku. Długa na 150 metrów, szeroka na 25 i na ponad 30 metrów wysoka – jedno pomieszczenie. Tylko gotyckie katedry mogą dorównać tej hali wielkością. Pomieszczenie jest teraz całkowicie zaciemnione. Wchodzących spowija lekka mgła, w której rozproszone jest przedziwne żółte światło.
Jego źródłem jest wiszące po lewej stronie hali – słońce. Wielka żółta tarcza. Ludzie stoją jak wryci, z zadartymi głowami.
Gdy mija pierwsze osłupienie, zauważają, że oprócz słońca jest tutaj coś jeszcze. Tak – to lustro. Sufit olbrzymiej hali pokryty jest lustrzanymi taflami, które z 30 metrów wysokości robią 60. Mija kolejna chwila, a widz zauważa, że tarcza słońca w rzeczywistości jest tylko połową tarczy, reszta to odbicie lustrzane. Wtedy przychodzi czas, by uważniej przyjrzeć się sufitowi. Chwila wytężenia wzroku i można odnaleźć siebie, o ile nie stoi się akurat w zbitej grupie widzów. Ludzie machają rękami do samych siebie. Część siada na ziemi, wiele się kładzie. Pod głowy wsuwają kurtki, plecaki i wpatrują się – to w słońce, to w lustrzaną taflę. Plaża. Ale słońce i lustro to nie wszystko. Trzeba też spojrzeć na swoje ręce, na twarze ludzi dookoła. Są bez koloru. Nie czarno-białe. Po prostu bez koloru. Widać tylko kontury, linie, płaszczyzny. Wszystko jest jak narysowane. W strukturach żółtego światła ulotnij się gdzieś kolor. Do tego mgła. Lekka, falująca, odbiera uczestnikom tego spektaklu resztki poczucia rzeczywistości.

Rozmowy o pogodzie

Słońce w galerii Tate Modern tak naprawdę nazywa się „The Weather Project” – „Projekt pogodowy”. Jego centrum jest Olafur Eliasson. Warto zapamiętać te to nazwisko. Można sobie je w głowie zaksięgować obok Jork, bo Eliasson też jest Islandczykiem. Urodził się w 1967 roku, ale nie na Islandii, tylko w Kopenhadze, gdzie akurat pracowali jego rodzice. Gdy się rozwiedli, ojciec wrócił do Reykjaviku. Od tego czasu Olafur spędził rok szkolny z matką w Danii a wakacje na Islandii u ojca. To tyle. W biografii nie ma nic sensacyjnego. Wygląda też zupełnie przeciętnie. Jedyne, czym może zwrócić na siebie uwagę, to wyjątkowo grube szkła okularów. Ale ten niepozorny okularnik właśnie stał się gwiazdą.
Status ów osiągnął nie dzięki skandalom, które chętnie podchwytują media, ani wykalkulowane strategie zostawania gwiazdą – jak to się zazwyczaj robi w naszych czasach. Olafur Eliasson na etykietkę jednego z najważniejszych artystów współczesnych zapracował ogromną liczbą wystaw i projektów, które ofiarowały widzom wielką porcję namysłu. Do ruszenia głową próbują zmusić odbiorców wszyscy współcześni artyści, ale Eliasson osiąga ten cel, nikogo nie obrażając. To rzadkość w dzisiejszej sztuce. Eliassonowi udaje się nie tylko wywołać w widzach zastanowienia. Jak sam mówi – instalacje, które tworzą się tylko narzędziem do osiągania celu, nie dziełami samymi w sobie. Prawdziwym jego dziełem jest wywołane w nas przeżycie. To dopiero jest dla niego ciekawe!
Mnóstwo ludzi mówi o religijnym wymiarze słońca w Tate. Tymczasem przed otwarciem tej wystawy w ogóle to nikomu nie przyszło do głowy.
Ta praca dotyczy postrzegania codziennego otoczenia. Tego, jaki wpływ mają nasze własne przeżycia na sposób postrzegania świata. Wejście do galerii sztuki, w której płonie słońce, wywołuje zadziwienie i zadumę – a dla wielu osób stan zadziwienia i zadumy może mieć charakter religijny.
W otwartej w 2000 roku Tate Modern wielka Hala Turbinowa jest miejscem szczególnych wystaw zatytułowanych „The Unilever Series”. Unilever – jeden z największych światowych koncernów produkujących dobra konsumpcyjne (proszki Pollena, lody Algida, herbatę Lepton, zupy Knorr, margarynę Rama, Domestos, mydła Lux i tysiące innych produktów) – ofiarował 1 250 000 funtów na pięcioletni cykl megaprojektów. Zmierzenie się z olbrzymią przestrzenią Hali Turbinowej jest za każdym razem wielkim wyzwaniem – artystycznym, technicznym i organizacyjnym.
Olafur Eliasson jest najmłodszym z uhonorowanych tą wystawą artystów. „The Weather Project” to miała być wedle deklaracji autorów praca poświęcona pogodzie. Eliasson stale zajmuje się relacjami pomiędzy przyrodą a światem człowieka. Ulubiony temat zdawkowych rozmówek na całym świecie, a szczególnie w Wielkiej Brytanii – pogoda – jest żywiołem natury, nad którym ludzie kompletnie nie potrafią zapanować. Coś tak banalnego jak pogoda jest zarazem czymś niezwykle potężnym, co stale wpływa na nasze życie. O tym paradoksie myślał Eliasson, kiedy planował półroczną wystawę w Tate Modern. Nie spodziewał się, że widzowie zamiast o pogodzie będą mówić o sacrum.

Zielona rzeka

Co ludzie pomyślą i co będą mówić, gdy zobaczą, że ich rzeka jest zielona? – taki był początek jednej z najsłynniejszych akcji Eliassona. Dzięki nieszkodliwej substancji barwiącej o niepokojącej nazwie uranin Eliasson wywoływał wielkie zamieszanie i zdziwienie. Barwił rzeki w Norwegii, Japonii, Niemczech, Szwecji i Stanach Zjednoczonych. Robił to bez uprzedzenia, bez zgody władz i bez rozgłosu w mediach. Nie chciał, by ludzie przychodzili nad rzekę jak do galerii. Chciał, by wciekła zieleń wody nagle zaatakowała to, co oczywiste i nad czym ludzie się nigdy nie zastanawiali. A w każdym razie dorośli ludzie. Dorośli, którzy w większości – i z niezrozumiałych do końca względów – traktują jako zawracanie głowy rozmyślania nad tym, dlaczego woda jest niebieska i po co w ogóle żyjemy.
Barwnik stosowany do barwienia rzek znikał po kilku godzinach. Namysł u zaskoczonych widzów trwał pewnie krócej. Ale to on był prawdziwym dziełem Eliassona.
Podobnie działał panel z blachy o średnicy 33 metrów umieszczony na dachu jednego z bloków mieszkalnych w Utrechcie. Panel w kształcie przeciętej elipsy podświetlony odpowiednio dobranym światłem udawał… zachód słońca. Przez kilka tygodni kierowcy wracający autostradą z pracy mogli podziwiać podwójny zachód słońca – zupełnie jak w „Gwiezdnych wojnach”.
W 1997 roku w Los Angeles Eliasson wykonał najprostsze jak dotąd dzieło – wyciął niewielką dziurę w dachu galerii, przez którą cały dzień wpadał przez cały dzień do wnętrza snop słonecznego światła. Wpadał i krążył po Sali, by zniknąć o zmierzchu. A może to nie ten promień krążył po galerii, tylko ona wokół niego? Tytuł pracy brzmiał: „Your Sun Machine” – „Twoja maszyna słoneczna”. Słowa „twój/twoja” to najczęstszy składnik tytułów instalacji Eliassona.

Ślizgawka w Sao Paulo

XXIV Biennale Sztuki w Sao Paulo w 1998 roku było wydarzeniem nie tylko dla miejscowej elity. Za sprawą Olafura Eliassona na wystawę parły tłumy – to było pierwsze (i jak dotąd ostatnie) lodowisko w historii brazylijskiej metropolii. Część tafli mieściła się wewnątrz pawilonu wystawowego, reszta walczyła o przetrwanie na dworze, w tropikalnym skwarze. Artysta oczywiście zezwolił, by jak najwięcej osób mogło nacieszyć się nieznanym stanem ślizgania się po lodzie. Zgiełku było ci niemiara. Goście biennale zamiast w skupieniu analizować sztukę, ze śmiechem pokazywali sobie mokre plamy na pupach i otrzepywali się z drobin lodu. Po kilkunastu dniach organizatorzy polecili wyłączyć aparaturę zamrażającą. Uznali, że ślizgawka zakłóca powagę imprezy.
Nie zauważyli, że lodowisko w tropikach to nie tylko wygłup i zabawa. To wypowiedź na temat wojny, jaką kultura toczy z naturą. Człowiek ze wszelkich sił stara się odwrócić naturalny porządek, próbuje okpić prawa przyrody. Eliasson nie jest artystą skupionym na ekologii, chociaż mu raczej o to, by pokazać ludziom, że żyją w sztucznie wykreowanym środowisku. Że tak, jak otaczają nas urządzenia, budynki i towary konsumpcyjne, tak samo otaczają nas konstrukcje myślowe.
Kto już napatrzył się i na lustra na suficie, i na słońce, i na własne kontury, może podejść do ściany, na której płonie półkole. Olafur Eliasson niczego nie ukrywa przed patrzącym. Wystarczy jeszcze raz zadrzeć głowę, by zobaczyć rzędy potężnych sodowych żarówek za słoneczną taflą. Można wjechać na wyższe piętra galerii i przez szybę zajrzeć do hali Turbinowej, by zobaczyć kable wystające ze słońca. Słońce, które na widzach wzbudza tak wzniosłe uczucia. Bo mówiąc o „The Weather Project”, z pewnością nie należy posługiwać się pojęcie, piękna. Wielka industrialna hala wypełniona sztuczną mgłą z wody i glikolu. Oświetla setkami sodowych żarówek nie musi mieć nic wspólnego z pięknem. To jest miejsce na wzniosłość.

Zimne słońce

Eliasson pewnie jest szczęśliwy, że ta niezwykle prosta instalacja jest aż tak mocno przeżywana przez widzów. Ale on chce, by każdy zajrzał za tarczą londyńskiego słońca. Eliasson stworzył niemal mistyczny spektakl. Żadne zdjęcie nie odda tego, co czeka na widza w Tate. Ale on zarazem demistyfikuje to, co zrobił. Eliasson nie skrywa, że to jest sacrum zrobione za pomocą lusterka i żarówki. Tą szczerością podkreśla jeszcze mocniej apokaliptyczny wymiar tej instalacji. On zrobił słońce, które grzeje. Nie można wymyślić lepszego komentarza do mitologii cool, której stolicą jest Londyn. Ta mitologia zmienia wszystko w cyniczny wygłup. Wszystko poza modnym wyglądem.
GALERIA

 

OCENA ARTYKUŁU

Pomóż nam budować ranking artykułów, oceń powyższy.
oceń artykuł
średnia ocen
0
Wykonawca: PERSABIO
Wszelkie prawa zastrzeżone

zamknij
zamknij

Czytaj artykuły z wybranej kategorii

kliknij w nazwę kategorii aby przejść do listy artykułów
zamknij

Znajdź specjalistę z wybranej branży

kliknij w nazwę branży aby przejść do listy specjalistów publikujących w niej artykuły