NOWY PORTAL - wersja BETA
mamy już
507redaktorów
o co chodzi w portalu
Kliknij tutaj, aby szukać po branży
dodaj artykuł
ZLECENIA OGŁOSZENIA ZAMÓW REDAKTORA ZAMÓW TEKST KUP ARTYKUŁ
POLECAMY:   Nie dopuść do wypalenia! AIDS pokonany?
 
Promowane ogłoszenia
WILLA Nad Rzeką
Tanie przeprowadzki Koło,Turek.
dodaj ogłoszenie
 
Jesteś tutaj:Strona główna>Lista artykułów>Prezentacja artykułu

Alpy, które znają Polacy

Dodano: 16.12.2014, autor: @Franek
kategoria: Turystyka i podróże,  ocena: 5,  rodzaj: Ogólnodostępny
Góry fascynują mnie od lat. Każdego roku odwiedzam je kilkakrotnie w różnych zakątkach Polski i Europy. Często bywam tam samotnie, ale w tym roku z mojej propozycji zdobycia alpejskiego trzytysięcznika skorzystali kompanii. Wraz ze mną na szczyt Wilder Frieger (3 418 metrów n.p.m)weszli Piotrek oraz małżeńska para – Monika i Marek. Oni wszyscy też kochają góry, te mniejsze i większe.
Dolina Stubai w austriackich Alpach znana jest w Polsce przede wszystkim narciarzom. Latem nie odwiedzamy tych rejonów zbyt często. Podczas 4-dniowego pobytu nie spotkaliśmy żadnego rodaka. A właśnie latem Alpy Sztubajskie (Stubaier Alpen) oferują turystom całą różnorodność i bogactwo natury. Możliwości spędzania wolnego czasu są tu prawie nieograniczone: wędrówki, jazda na rowerach i konno, rafting, paralotniarstwo. My preferujemy trekking wysokogórski. Naszym celem był jeden z większych szczytów tej części Alp – Wilder Frieger wznoszący się nad doliną na wysokość 3 418 metrów npm.. Postanowiliśmy stanąć na jego wierzchołku w przeciągu dwóch dni. Udało się.
Alpy witają nas deszczem
Zadowoleni, że wreszcie ujrzymy góry, ruszamy w środku nocy samochodem Marka na podbój Austrii. Zajechaliśmy popołudniu do osady Ranalt, gdzie rozpoczniemy naszą przygodę. Astrę Combi, która bez przeszkód nas tu dowiozła zostawiamy na prywatnym parkingu, dzięki uprzejmości gospodarza tutejszego pensjonatu. W zamian za tę życzliwość zaplanowaliśmy tu po powrocie z gór zjeść smaczny obiad. I, jak się później okazało – nie tylko na tym się skończyła nasza wizyta w „Gasthausie”.
Ruszamy na szlak. Alpy witają nas drobnym deszczem, ale w połowie drogi do schroniska już nieco się wypogodziło. Początkowo trasa wiodła dosyć płaskim terenem, przez strumyki i hale. Później rozpoczęło się mozolne podejście poprzez mokre kamienie. Tego dnia było bardzo wilgotno za sprawą opadów deszczu w tych stronach. Myślimy – taki chrzest bojowy, ale z drugiej strony lodowca nam nic nie może roztopić. Nie sądziłem, że pierwsze stąpania po alpejskiej krainie pójdą tak ciężko, co niektórym. To jednak sprawa tych ciężkich plecaków. Mieliśmy ze sobą cały dom na te cztery dni, łącznie z jedzeniem. Znane są ceny posiłków w austriackich schroniskach i woleliśmy zrobić zakupy w Polsce.
Koszy nie ma, jest wolna podłoga
Do Niremberg Hitte (2 300 metrów) dotarliśmy późno, bo przed godziną 22.00. Okazało się, że nie ma wolnych miejsc w pokojach, dlatego pierwszą noc w wysokich górach spędziliśmy na podłodze w tyrolskiej jadalni. Nikt z nas nie myślał o wygodach, w końcu przyjechaliśmy tu, aby przeżyć coś ekstremalnego. Podłogę mogliśmy zająć dopiero po opuszczeniu sali przez ostatnich Tyrolczyków. Był sobotni wieczór, więc panom nie speszyło się zbytnio do wygodnych łóżek i miło gaworzyli przy owocowych sznapsach. My chcieliśmy odpocząć po podróży i 4-godzinnym podejściu do schroniska. Wreszcie zgasły światła i tylko czekać na sen o naszym trzytysięczniku. Mieliśmy też spore problemy ze śmieciami, bo w tym schronisku jakoś nie było koszy. Kazali brać turystom wszystko do plecaka. Jak tu pakować ciężkie puszki po konserwach i inne tam odpady. Ale co tam, Polak zawsze sobie poradzi. Zagadaliśmy z młodą kucharką i sprawa załatwiona.
Na Wilder o świcie
Nazajutrz przed świtem, już o 4.30 słyszymy głosy wędrujących w górę ludzi. Wyruszamy ok. godz. 7 rano, zabierając tylko prowiant, herbatę w termosie i trochę ciepłej odzieży. Jest słonecznie, widoczność znakomita. Trasa początkowo wiedzie kamienistym szlakiem, w bardziej stromych miejscach zabezpieczona jest stalowymi linami lub klamrami. Idziemy coraz wyżej i wyżej. Szlak przypomina nieco naszą tatrzańską Orlą Perć. Mnie osobiście na myśl przychodzi jedynie lodowiec, bo tam zaczyna się prawdziwa wspinaczka.
Po trzech godzinach kończą się skały, a zaczyna lodowiec Freigerferner. Zakładamy raki, z plecaków wyjmujemy czekany, kijki teleskopowe i zimową odzież. Jak jeszcze przed chwilą mieliśmy na termometrach dolinną temperaturę 23 stopnie, tak na początku lodowca (3 100 metrów) spadła ona do 5 stopni w plusie. Nie zaskoczyło nas to kompletnie, ponieważ na samym szczycie temperatura spada grubo poniżej zera. Przed nami jeszcze trzy godziny zmagań z lodowcem. Nie spieszyło nam się aż tak do celu, bo widokom musieliśmy poświęcić trochę czasu. A tu piękne szczyty, a tu znowu ciekawe chmury, to kozica przemknie przez zbocza i świstak pozdrowi z daleka. Chłonęliśmy Alpy każdą porą skóry.
Bez równego tempa
Nie szliśmy równym tempem, bo każdy z nas ma swoje ulubione. Na początku udawało nam się iść w zespole, ale moją górską słabością jest wyrywanie się do przodu. Jakoś nie myślałem o traconych siłach i poszedłem sam. Wraz z wysokością, zaczęły się drobne problemy z oddechem. Był on nieco krótszy. Musiałem działać zgodnie z zasadą krok – wydech. Długo nie widziałem za sobą moich partnerów. Kiedy osiągnąłem południową grań szczytową, postanowiłem poczekać na Piotrka. Jest, idzie. Było dość zimno na wysokości 3 200 metrów, a do szczytu jeszcze mozolne podejście 200 metrów w górę. Z góry schodzili już poranni zdobywcy Wildera, a mijanie się z nimi przypominało trochę zatłoczoną drogę na Mont Blanc. Szliśmy coraz wolniej. Jedna mała nieuwaga i możemy sobie zjechać lodowcem daleko w dół. Nie byliśmy związani liną, gdyż nie wszyscy pomyśleli o uprzęży. Ale, przecież raki starczą, to znowu nie Everest.
Stanęliśmy na szczycie o godzinie 13.00. Kilka minut później dotarli na Wilder Marek i Monika. Plan wykonany. Podczas sesji zdjęciowej pod krzyżem, który od lat walczy tu na szczycie z wiatrami, czułem, że marzną mi nogi. Nic dziwnego, na szczycie było -4 stopni Celsjusza. Szybko zapominam o drobnych dolegliwościach. Nasze oczy cieszą niebiańskie widoki na Alby Sztubajskie i włoskie Dolomity. Góry na przemian mienią się w słońcu i chmurach. Fantastyczne uczucie wielkości i wyzwolenia. Stoimy na granicy Austrii i Włoch. Na górze spędziliśmy ok. pół godziny, głównie wypełniając czas na fotografowanie i filmowanie.
Podczas schodzenia ze szczytu, załamała się pogoda i zaczął prószyć śnieg. Do końca lodowca, już nic z nieba nie leciało, ale ponownie wyszło alpejskie słonko. Przed wieczorem dotarliśmy do tego samego schroniska. Nagrodą nie było jedynie tyrolskie piwo, ale wolny pokój. Teraz możemy się dobrze wyspać i to za jedyne 13 Euro od osoby. Tego wieczoru, to my rządziliśmy w Niremberg Hitte, bo Tyrolczykom skończył się właśnie weekend. A po za nami cudzoziemców nie uświadczyliśmy. A więc poprosiliśmy o sznycla z pieczonymi ziemniaczkami i żeby było śmieszniej ze sałatką z ziemniaków.
Przygody ciąg dalszy
Nasza alpejska przygoda nie skończyła się na zdobyciu wspomnianego szczytu. W trzecim dniu zamierzaliśmy dalej przemierzać bajeczną dolinę, która okazała się dla nas prawdziwym rajem na ziemi. Startujemy nieco później, bo przed południem. Trudy wspinaczki na 2 600 metrów wynagrodziły widoki. Otworzyła się przed nami kolejna przestrzeń zielonych łąk, turkusowych jezior lodowcowych, lodowców i ośnieżonych szczytów Sztubajskich. Hen w oddali i wysoko wyłonił się z chmur nasz Wilder, którego serdecznie pozdrowiliśmy z doliny.
Nieopodal schroniska Sulzenau Hitte odkryliśmy miejsce niebywałe. To było coś na wzór nepalskiego cmentarzyska ofiar gór. Każda kamienna piramida może oznaczała jedną osobę, która tu została na zawsze. Były też kolorowe wstęgi z buddyjskimi modlitwami, takie, jakie są zakładane w obozach podczas himalajskich wypraw. A w dole coś jeszcze bardziej super – turkusowe jezioro, nad którym nie sposób nie zanurzyć się z własnymi myślami. To czas naszej kontemplacji. Najdłużej myślał o czymś Marek, ale nikt nie chciał mu przerywać obcowania z naturą. Przypominał nam trochę Karola Wojtyłę z młodości, kiedy wybierał się chętnie na górskie wycieczki. Marek też ma wysokie czoło i okulary z grubą oprawką. Jeszcze te zamyślenia na kamieniach...
Wrota do raju
W trzecim dniu otworzyły się przed nami kolejne wrota do raju. Schodząc w dół do Ranalt – wioski, z której zaczynaliśmy przygodę, spływały olbrzymie wodospady, a poniżej nich krajobraz przemienił się z polarnego w tropikalny. Wokół lasy paproci, temperatura powyżej 30 stopni w plusie. Czy ja śnię? Czy to się dzieje naprawdę? Myślę, że nie tylko ja zadawałem sobie te pytania, ale moi kompani także. Ta pogoda musiała coś oznaczać. I rzeczywiście, dwa dni później przez Tyrol przeszła potężna nawałnica, a w górach spadło sporo śniegu. Tak więc zdążyliśmy ze wszystkim na czas.
Po zejściu na dół, okazało się, że do pensjonatu, przed którym zostawiliśmy samochód, zostało jeszcze 5 kilometrów dreptania. Piotrek z Moniką wpadli na genialny pomysł i zabawili się w autostopowiczów. O dziwo, szybko udało im się zatrzymać auto, w którym jechały dwie urocze panienki. Ja z Markiem wziąłem sobie za honor ukończyć ten trekking pieszo, nawet po asfaltówce. Dotarliśmy wykończeni przez ostro grzejące słonko, ale nagroda już czekała w oszronionym kuflu. Piotrek nawet załatwił w międzyczasie nocleg w domu, który okazał się bardzo gościnny.
Ostatnim etapem naszej przygody było zwiedzanie wielkiego kurortu tyrolskiego Neustchift. Fascynacja górskiej architektury była ogromna. Wokół piękne pensjonaty z donicami kolorowych kwiatów, cisza i ten duch gór. Bardzo przypadły nam do gustu także alpejskie „Milki” – takie spokojne i wyluzowane. Widać, kochają pieszych turystów. Skorzystaliśmy z relaksu nad pobliskim jeziorem, którego woda była lodowata. A, że my z lodami okiełznani, to daliśmy nura do rwącego obok potoku. Mnie osobiście ten masaż wodny zrobił wiele dobrego. Przestały boleć plecy od dźwigania kilkunastokilogramowego „kumpla”.
Wracamy do Polski i już planujemy kolejną wyprawę. Jestem wdzięczny Piotrowi, Markowi i Monice, że wspólnie z nimi przyszło mi przeżywać kolejną górską przygodę, pełną entuzjazmu, pokory, strachu i radości w jednym. Jednocześnie mam nadzieję, że kolejne moje górskie przygody nie będą solo, ale też z kompanami

OCENA ARTYKUŁU

Pomóż nam budować ranking artykułów, oceń powyższy.
oceń artykuł
średnia ocen
5
Wykonawca: PERSABIO
Wszelkie prawa zastrzeżone

zamknij
zamknij

Czytaj artykuły z wybranej kategorii

kliknij w nazwę kategorii aby przejść do listy artykułów
zamknij

Znajdź specjalistę z wybranej branży

kliknij w nazwę branży aby przejść do listy specjalistów publikujących w niej artykuły