NOWY PORTAL - wersja BETA
mamy już
515redaktorów
o co chodzi w portalu
Kliknij tutaj, aby szukać po branży
dodaj artykuł
ZLECENIA OGŁOSZENIA ZAMÓW REDAKTORA ZAMÓW TEKST KUP ARTYKUŁ
POLECAMY:   Nie dopuść do wypalenia! AIDS pokonany?
 
 
Jesteś tutaj:Strona główna>Lista artykułów>Prezentacja artykułu

RECYKLING W ŚWIECIE ZWIERZĄT - SZTUKA PRZETRWANIA

Dodano: 30.12.2014, autor: @wispawel12
kategoria: Zwierzęta,  ocena: 4,  rodzaj: Ogólnodostępny
„Żyj życiem, dając innym żyć. Spokojni są panami życia. Słyszą, widzą i milczą. Śpią dobrze, bo się nie szamoczą. Żyją długo, albowiem kultywują spokój wewnętrzny.
Mają wszystko co trzeba, bo nie zabiegają o rzeczy zbędne lub cudze. Zachowują serce spokojne, bo nie przejmują się niczym”

Baltasar Gracian y Morales

Recykling to ostatnio bardzo modne słowo. Dotyczy ogólnie rzecz biorąc, zwłaszcza w świecie, w którym jest coraz mniej surowców, na doprowadzeniu zużytych materiałów do stanu pozwalającego na ich powtórne wykorzystanie. Proces ten jednak nie jest dziełem człowieka ale zdobyczą zwierząt, które od tysięcy lat muszą żyć na pustyni. Należą do nich : wielbłądy, lamy, dzikie osły oraz kozy i owce pustynne. Pomimo surowych warunków atmosferycznych (palące słońce, brak pożywienia) potrafią one wytrzymać wiele tygodni głodując i prawie całkowicie zachować sprawność swoich mięśni. U człowieka zużyte białko mięśniowe rozkłada się na aminokwasy i amoniak. Są one trucizną, dlatego muszą być natychmiast przekształcone w mocznik i wydalone z ciała razem z moczem. Jeżeli nerki tej czynności odmówią, dochodzi do ciężkiego, czasem nawet śmiertelnego schorzenia, tak zwanej uremii. Sytuacja taka nie ma miejsca u zwierząt pustynnych. W ich organizmach mocznik zostaje przeniesiony do żwacza.

Wielbłąd – przykład recyklingu pokarmu.


W żwaczu odchody są uszlachetnione do postaci pełnowartościowego białka i zużywane są ponownie jako budulec dla mięśni. Zwierzęta te nie wyrzucają „śmieci”, które są produktami rozkładu w ich organizmie ale ponownie z nich korzystają jako pożywienie. W czasie głodu ten recykling białka obejmuje około 95% wszystkich substancji zużywanych przez organizm. Zwierzęta pustynne czerpią stąd jeszcze jedną korzyść, ponieważ w tym czasie nie oddają moczu, w związku z tym nie tracą cennej wody. Gdyby człowiek miał taką zdolność nie byłoby na świecie w ogóle problemu wyżywienia ani klęsk głodowych. Dla przykładu, zamiast kurczaka wystarczyłoby zjeść jajko.
Życie na pustyni wymaga aby przebywające tam zwierzęta posiadały różne zdolności, gwarantujące przetrwanie. Zdarza się jednak i tak, że techniki przetrwania próbują stosować zwierzęta, które nie posiadają takich możliwości. Wtedy spotyka je los, jak gromadę czterech tysięcy pelikanów na jeziorze Eyre w Północnej Australii.

Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku na okolicę tego zazwyczaj wysuszonego jeziora spadły niezwykle obfite deszcze. Pustkowie zamieniło się w kwitnącą krainę. Jezioro zaroiło się od drobnych skorupiaków. Wobec takiej obfitości pożywienia na jeziorze osiedliły się pelikany.


Pelikan, ptak nie posiadający zdolności przetwarzania pokarmu.


Przez trzy lata żyły jak w raju. Ale przyszła wielka susza. Jezioro powoli znowu wysychało. Pelikany zdecydowały się w końcu opuścić ten nie nadający się już do życia obszar
powrócić nad morskie wybrzeże. Ale było już za późno. Morze było oddalone o 450 kilometrów. W ciągu dnia słońce tak paliło, że temperatura powietrza dochodziła do czterdziestu stopni. Stado pelikanów lecące zwartym kluczem miało pod sobą tylko wysuszoną pustynią. Wokół nie było jeziora ani rzeki. Zanim przebyły połowę drogi, jeden pelikan za drugim umierał w locie z pragnienia, wypadał z szyku i spadał w dół. Ani jeden nie dotarł do celu.
Słona woda morska byłaby dla nich wybawieniem, pelikany bowiem, w odróżnieniu od człowieka, mogą pić taką wodę, ponieważ mają specjalne gruczoły, dzięki którym wydalają sól poprzez pot. Opanowały więc technikę przetrwania w słonej wodzie morskiej, lecz nie na pustyni.


Podstawową zasadą, którą kierują się zwierzęta znoszące miesiącami głód i pragnienie, jest oszczędzanie energii, materiału i wody, i to w stopniu, który wydaje się nam zupełnie niewiarygodny.

Bardzo dobrym przykładem tego jest „samobójstwo” skorpiona żyjącego na Saharze.

Ludzie będący w tych miejscach chętnie prowokują go wieczorami przy ognisku. Wokół skorpiona zakładają pierścień płomieni z zapalonych szczap drewna. Zwierzę na początku
biega jak oszalałe wokół a następnie nagle pada „martwe”. Obserwatorzy sądzą, że w tej sytuacji bez wyjścia skorpion sam się zakuł swoim trującym jadem.
Jeżeli jednak obserwuje się go dalej, widać, że po usunięciu płonącego pierścienia „martwe” ciało bardzo szybko nabiera ogromnego życiowego wigoru. Nie było bowiem żadnego samobójstwa, a tylko odrętwienie z gorąca. Takie odrętwienie z gorąca jest przeciwieństwem odrętwienia z zimna, a więc stanu, w którym wiele stawonogów, ryb, płazów i gadów zimuje.
W całkowitym bezruchu zwierzę nie zużywa energii do bezsensownego celu, jakim byłoby podwyższenie (wskutek ruchliwości) ciepłoty ciała i przekroczenie granicy śmiertelnej „gorączki”, która w przypadku saharyjskiego skorpiona wynosi 52 stopnie Celsjusza.
Jeśli przez dłuższy czas nie widać nigdzie żadnej zdobyczy, skorpion potrafi zapaść również w odrętwienie głodowe. Zakopany w piasku lub w szparze skalnej ten właściciel śmiercionośnego jadu przez okres dwóch lat trwa nieruchomo w oczekiwaniu, bez odżywiania się, a jest to rekord, który przekracza jedynie ślimak pustynny, który potrafi w

takim stanie przetrwać nawet pięć lat, bez jedzenia i picia. Jest to tym bardziej cudowne, gdyż jak wiadomo ślimak do życia potrzebuje duże ilości wilgoci i chłodu. Jaki proces pomaga mu tak przetrwać?




Gdyby miękkie części ciała ślimaka pustynnego dotknęły piasku lub kamieni rozgrzanych w żarze słonecznym do 50 czy nawet 55 stopni – przypłaciłby to śmiercią. Dlatego chowa się w porę w swoim domku, który przyroda tak skonstruowała, że chroni go nie tylko przed pożeraczami, ale przede wszystkim przed ciepłem. Spiralny korytarz w jego wnętrzu jest wypełniony powietrzem krążącym także wtedy, gdy właściciel tej w pełni zautomatyzowanej instalacji klimatyzacyjnej jest pogrążony w dwuletnim odrętwieniu z gorąca.
Po upływie pory deszczowej ślimak je i pije stosunkowo bardzo dużo, między innymi 1400 miligramów wody. Muszla jego jest tak urządzona, że w czasie długiego okresu suszy dziennie ubywa z niej tylko 0,5 miligramów wody.

Ta skrajnie oszczędnościowa egzystencja składa się właściwie tylko z kilku dni aktywnego życia po ulewnym deszczu oraz prawie dwuletniego okresu biernego przetrwania, podczas snu. Czym dla ślimaka pustynnego jest muszla chłodząca, tym dla ryjoskoczka jest specjalna sierść.
Żyje ona na pustyni Namib w południowo-zachodniej Afryce (jednym z najsuchszych terenów na ziemi, na którym roczna średnia opadów wynosi tylko czternaście milimetrów).
Spoczywając w cieniu wytrzymuje temperaturę dzienną dochodzącą do 58 stopni – a więc jeszcze wyższą niż ta, którą znosi ślimak – jak również nocne mrozy. Pozostając w całkowitym odrętwieniu ryjoskoczek za sobą i przed sobą ma jak gdyby termometr zlokalizowany w ogonie i długim ryjkowatym nosie. W zależności od panującej temperatury jego pokrywa włosowa odruchowo zamyka się i otwiera. Rezultat takiego stroszenia sierści wzmagają dodatkowo efekty kolorystyczne. Czubki włosków bowiem mają barwę jasno piaskowy, odbijające promienie, a poniżej sierść jest ciemnoszara i czarna, a więc pochłania ciepło.

Zupełnie inną metodę unikania upałów stosuje pustynny sokół wędrowny, sokół z gatunku Faleo biarmicus.

Ptaki te chronią się przed najsilniejszymi upałami w ten sposób, że wzbijającym się ciepłym masom powietrza pozwalają wynieść się na duże wysokości. Szczególnie w czasie gorących
miesięcy letnich wiele godzin dziennie spędzają w chłodniejszych warstwach atmosfery żeglując na wysokościach ponad tysiąc metrów nad powierzchnią terenów pustynnych.
Szybowanie w rześkim wietrze podniebnym jest z pewnością bardzo przyjemne. Ale co ma zrobić ptak, który nie może schronić się w wyższe rejony, ponieważ musi odbywać lęgi w samym środku najgorętszych piasków Sahary?
Żyjące na pustyni białorzytki muszą tam, gdzie na gołej skale usmażyć można w słońcu jajecznicę wysiadywać jaja tak, aby nie ugotowały się na twardo.

Muszą one więc zniesienie jaj chłodzić, zamiast je ogrzewać. W tym celu te malutkie ptaki, liczące sobie niecałe czternaście centymetrów długości, budują na pustyni doskonałą wręcz instalację chłodniczą.
Już kilka miesięcy przed lęgiem kunsztowne dzieło zaczynają od ciężkiej pracy. Białorzytka-matka dźwiga niezmordowanie kamienie, każdy ważący tyle, co ona sama i zanosi je na miejsce, które w gorącej porze dnia jest zacienione skalnym nawisem. Ogółem potrzebuje 360 kamieni, a układa je w możliwie przewiewną piramidę. Jest to więc gniazdo zbudowane wyłącznie z kamieni.
Bezpośredni cel jest jasny: chodzi o chłodzenie przez cyrkulację powietrza. Ale to jeszcze nie wszystko. Jako materiału budowlanego ptak używa tylko porowatego piaskowca, a nie „normalnych” odłamków skalnych, których tak wiele leży wokoło. Piaskowiec bowiem w ciągu nocy nasiąka wilgocią rosy. W dzień woda stopniowo wyparowuje, przez co powstaje dobrze znane zjawisko chłodzenia przez parowanie.
Istotnie, wspaniałe rozwiązanie. Wprawdzie ten cokół chłodniczy wymaga ciężkiej pracy, ale skoro raz jest już gotowy, funkcjonuje w pełni automatycznie.

Jednakże metoda ta jest skuteczna tylko przy dużych zasobach wody. W czasie jazdy konnej przez pustynię człowiek zużywa dziennie od sześciu do dziesięciu litrów tego płynu. Jeśli nie
można nigdzie „zatankować”, czeka go niechybna śmierć z pragnienia. Wynika z tego, że zwierzęta pustynne pomimo upałów, na które są narażone, nie mogą sobie absolutnie pozwolić na pocenie się. Pośrednią pozycję zajmuje kangur. Poci się tylko na ogonie. Jeżeli
chce się ochłodzić w czasie drogi, a przebywa ją przecież bardzo męczącymi skokami, gwałtownie macha długim ogonem, a to wzmaga parowanie potu.
Mieszkańcy pustyni muszą zatem stosować najdalej idącą oszczędność zapasów cennej wody. Ale skoro tylko zacznie padać deszcz to pustynia na okres niecałych trzech tygodni zamienia się w rajski ogród tryskający obfitością wszelkich wegetacji. Wszyscy zamieniają się w obżarciuchy i pijusy wprost niebywałe. I to jest także jeden z elementów przystosowania się do pustyni.
Spragniony dromader wypija w ciągu dziesięciu minut sto dwadzieścia litrów wody. Przed chwilą był wygłodzony do stanu upiornego szkieletu, ale już podczas picia zaokrągla się w oczach, nabiera pełnych, dobrze odżywionych kształtów.
Zbiornik wody wielbłądów nie mieści się w garbach (garby są składnicą tłuszczu, a więc jak gdyby paliwa). Zwierzę to magazynuje wodę w miliardach maleńkich „zbiorniczków”, a mianowicie w komórkach całego organizmu, a przede wszystkim w krwinkach czerwonych. Inne zwierzęta pustynne pokazują nam nie mniej zdumiewające rozwiązania w dziedzinie gospodarki wodnej.
Na przykład pisklęta senegalskiej stepówki zamieszkującej pustynię musiałyby zginąć z pragnienia, gdyby nie dano im nic do picia. Dla ochrony przed drapieżnikami gniazdo naziemne położone jest w odległości od dwudziestu do trzydziestu kilometrów od najbliższego oczka wodnego. W jaki sposób mają więc małe gniazdowniki otrzymać chociaż kroplę wody?
Badacze stwierdzili, że każdego ranka o świcie stepówka-ojciec wylatuje do wodopoju. Tam rozchyla na boki pióra pokrywowe swej piersi, niczym bombowiec otwierający klapy komory bombowej i odsłania grubą poduszkę gąbczastego puchu. Poduszkę tę ptak moczy w wodzie, dopóki nie nasiąknie. Następnie zamyka „klapę” i w charakterze „latającej gąbki” frunie z szybkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę do swoich piskląt, a one wtedy tłoczą się pod rodzicem i piją wodę zupełnie tak, jak młode ssaki mleko z piersi matki.
Inne zwierzęta pracują jeszcze ciężej na zdobycie cennego płynu. Dwa gatunki żyjących na pustyni Namib chrząszczy z rodziny czarnuchowatych budują wodociągi zupełnie szczególnego rodzaju w samym środku pustynnego piachu.
Z samego rana zwierzęta wdrapują się na górę, to znaczy na grań wydmy, i niczym żywy pług robi bruzdy i wały w kierunku ukośnym do wiatru. Z czasem bruzda nabiera ciemniejszej barwy, jest to wyraźny znak, że osadziło się tu trochę wilgoci. Na krótko przed wschodem słońca mali robotnicy ziemni znowu niwelują swoje budowle ściągając przy tym z ziarenek piasku cieniuteńką warstwę otaczającej je wody. Jaki jest to olbrzymi nakład pracy dla zdobycia kilku kropel!
Leniwy w porównaniu z nimi saharyjski skorpion woli zdać się na własne przeczucia. Dla nas woda nie ma zapachu (na szczęście, bo inaczej czulibyśmy go wszędzie wokoło), ale dla tego mieszkańca pustyni nawet mała perełka rosy porannej w piasku wydziela ostrą woń, gdy więc wychodzi ze swojego schronu, świadomie zmierza do celu, wysysa kilka kropel i prędko powraca do swojej kryjówki.
Na uwagę zasługuje także postępowanie wierzchowych słoni indyjskich, które gdy są spragnione, maszerują wzdłuż wysuszonego łożyska rzeki i nagle, w miejscu, którego

powierzchnia niczym się nie wyróżnia, zaczynają grzebać nogami i trąbą. Istotnie natrafiają niebawem na wodę, ratując siebie i podróżnych od śmierci z pragnienia.
Zagadka wyjaśnia się, jeśli wiemy, że wiele zwierząt pustynnych i stepowych z daleka już potrafi wywęszyć wodę, jak pies zakopaną kość.
Inne z kolei zwierzęta nie chcą być zdane na wykrywanie węchem w pustyni nieczęstych skarbów wodnych. Uniezależniły się one całkowicie od wszelkich napojów. Nie muszą nigdy
pić ani kropli, noszą bowiem w sobie własny zakład wodociągowy. Szarańczaki pustynne, skoczki egipskie i inni mieszkańcy suchych formacji krajobrazowych sami pozyskują wodę z wysuszonych na wiór resztek roślin sposobem chemicznym.
Podczas oddychania, a więc „spalania” – między innymi węglowodorów w organizmie, w każdym zwierzęciu i w każdym człowieku zawsze powstaje jako produkt uboczny woda. Nie na tym polega więc osobliwość zjawiska. Chodzi o to, aby tej dopiero co chemicznie wytworzonej wody nie puszczać z wiatrem zaraz przy wydechu.
Naukowcy zbadali, w jaki sposób szczuroskoczek dokonuje tej sztuki. W tchawicy tego zabawnego zwierzątka znajduje się praktyczne zastosowanie fizycznej zasady przeciwprądu. W związku z następującymi po sobie w czasie prądami przeciwnymi, z jednej strony – wilgotnego powietrza zużytego, z drugiej strony natomiast – suchego powietrza wdychanego, występują w tchawicy zmiany temperatur. Skutek jest taki, że w chłodniejszych rejonach nosa osadza się – skrapla, mniej więcej 70 procent chemicznie wytworzonej wody zawartej w wydychanym powietrzu, a tym samym pozostaje w organizmie.
Inną jeszcze metodę wywoływania w samym środku pustyni orgię żywotności rozwinęła szarańcza wędrowna. Z uwagi na swój wymiar należy ją omówić bardziej szczegółowo.

W jednym z najbardziej upalnych miejsc na świecie, nad Morzem Czerwonym, około południa zbierają się potężne chmury. Jednakże to, co potem opada na afrykańskie tereny przybrzeżne, nie jest tropikalną burzą, lecz czymś o wiele gorszym – jest to szarańcza.
Zaciemniają słońce a następnie, długie jak palec uderzają ludzi w twarz jak kule gradowe. Wysoka do kolan warstwa owadzich ciał leży na ulicach, podwórkach, polach i ogrodach. Palmy jak od uderzenia biczem z hukiem załamują się pod ich ciężarem.
Sześć godzin trwa taki nalot na ląd tej armady dziesięciu miliardów zwiastunów ósmej plagi biblijnej. Następnego dnia szarańcza znika, a wraz z nimi każdy listek, każde źdźbło, wszystko, co było zielone. Zbiory są całkowicie zniszczone.
Od pewnego czasu na froncie walki z szarańczą panował spokój, aż nagle katastrofa zadała całej akcji zwalczania tych zwierząt dotkliwy cios. Jak to się stało?
Prawie we wszystkich afrykańskich i południowoazjatyckich państwach utrzymywane były liczne stacje ostrzegawcze, współpracujące ze sobą. Wybitni naukowcy posługiwali się tutaj najbardziej nowoczesnymi środkami, takimi jak obserwacje satelitarne, radar i samoloty.
Jeden tylko samolot rozpylający truciznę może zniszczyć do stu milionów sztuk szarańczy. Ale chmara, która nawiedziła Afrykę w tym okresie była tak potężna, że na jej wytępienie potrzebnych byłoby sto samolotów.
W Tanzanii zniszczono jedną, bardzo dużą chmarę ale nikt nie zauważył, że mimo wszystko pięć procent ogólnej liczby osobników przetrwało, uformowało nową eskadrę, rozmnożyło się i niebawem znowu nabrało charakter plagi.
I to jest jedna z przyczyn, która nastąpiła wbrew nauce, technice i kooperacji. Tkwi ona w tym, że satelity, radar i samoloty zwykle zauważają chmary dopiero wtedy, gdy rozrosły się do takiego stopnia, że wszelkie środki zapobiegawcze są spóźnione, a zatem nie mogą osiągnąć pełnych wyników.
Paradoks polega na tym, że pleniące się życie szarańczy wędrownej rozwija się właśnie tam, gdzie w ogóle nie ma śladu innego życia – w samym środku pustyni. Rozwija się po to, aby z kolei wyniszczyć życie i powiększyć tereny pustynne. Co za niesamowite, tętniące pierwotną siłą, apokaliptyczne zjawisko. Szarańcze wędrowne są niepozornymi samotnikami. Nawet pieszy wędrowiec ledwo je zauważa. Już sam fakt, że w tych miejscach w ogóle cokolwiek żyje, musi wydawać się nieprawdopodobny. A jednak owady te potrafią dzięki różnym trikom biologicznym utrzymać się przy życiu w środku Sahary, na Pustyni Arabskiej, na pustyniach Iranu, mimo straszliwych upałów, dotkliwych chłodów, głodu i pragnienia. Nie potrzebują wody do picia, ponieważ mają w sobie własny „zakład wodociągowy”.
Ponadto przyroda obdarzyła je jeszcze jedną zdolnością, co najmniej równie zdumiewającą, mają one „wewnętrzną stację meteorologiczną”, prawdopodobnie zupełnie szczególnego rodzaju zmysł pozwalający im wyczuwać wahania barometryczne.
Zmysł ten informuje je, czy w odległości wieluset kilometrów spadło trochę deszczu. Wtedy owady pojedynczo fruną w tym kierunku, przebywając co noc około trzystu kilometrów. Tysiące ich ze wszystkich stron zlatują się na tereny deszczowe.
Tam w środku pustyni, w tym świecie, który nagle wybuchnął ogromną obfitością wszelkiej roślinności, dokonuje się pierwsza, magiczna wręcz przemiana tych zwierząt. Dotychczas żyły w stadium tak zwanej „opóźnionej młodzieńczości”. Faza ich młodzieńczości przeciągała się przez długie miesiące. Nie rosły, nie dojrzewały płciowo. Dopóki była susza, zaledwie wegetowały, zegar ich życia prawie się nie posuwał.
Tymczasem skoro tylko przybyły do tryskającej bujną roślinnością okolicy deszczowej, żar życia tlący się dotąd w nich leniwie, jak gdyby wystrzelił płomieniem. Po spożyciu świeżej zieleni wszystkie zgromadzone szarańcze w ciągu kilku godzin osiągają dojrzałość seksualną bez względu na wiek.
Natychmiast odbywają się masowe gody. Każda samica składa około stu jaj w takich miejscach, gdzie współtowarzyszki zapachem zasygnalizowały wykrytą przez siebie optymalną wilgotność gleby. Nieprzebrane ilości ja leżą więc nie tylko w sprzyjającym ich rozwojowi piaszczystym gruncie, lecz także blisko drugiego.
Po trzech tygodniach palące słońce znowu całkowicie wysuszyło pustynny rejon. Ale ten czas wystarczył na to, aby całe zniesienie rozwinęło się w sposób ekspresowy w pełnosprawne i doskonałe owady. Jest to niezwykłe przystosowanie procesu rośnięcia i dorastania do warunków pustynnych.
Jednocześnie powstała mała chmara. Jej członkowie przechodzą zaskakującą przemianę. Różnią się bowiem znacznie od swoich rodziców kształtem ciała, wielkością i barwą. Zachowują się też inaczej. Ich rodzice byli kłótliwymi samotnikami, schodzącymi sobie z drogi z wyjątkiem okresu kopulacji. Mała chmara w zwartym szyku odlatuje na odległy o jakieś tysiąc kilometrów teren pustynny, gdzie spadł nowy deszcz. Tam samice znowu po masowych godach, składają na każdym metrze kwadratowym około dwustu zniesień liczących każde po sto jaj. Wkrótce z każdego metra kwadratowego pustynnego gruntu wytryskuje prawie jednocześnie nie mniej niż dwadzieścia tysięcy podskakujących, wielkości muchy każda, tzw. nimf.
Ponieważ nie umieją one jeszcze latać, formują gigantyczną armię piechurów, której rozmiary sięgają nieraz do dziesięciu kilometrów szerokości i pięćdziesiąt kilometrów długości. Na podobieństwo wału wodnego masa tych nimf rozlewa się po kraju pożerając wszystko na swojej drodze, a biegną niejednokrotnie w kilku warstwach, jedno na drugich. Te zwiastuny pustyni, skoro dorosną i już potrafią latać unoszą się w powietrze, ażeby pustoszyć pobliskie trochę żyźniejsze tereny lub nawet daleko położone.
Każdej chwili gdzieś na Pustyni Arabskiej może pojawić się podobny bicz boży i zdewastować całe okolice w Iranie czy Pakistanie, potem nagle zawrócić, by szerzyć spustoszenie i zagładę w Afryce Wschodniej.
Przed laty zaobserwowano takie chmary nad samym środkiem Oceanu Atlantyckiego w odległości 2400 kilometrów od lądu.
Pustynna szarańcza potrafi utrzymać się w powietrzu do siedemnastu godzin. Na tyle bowiem starcza jej „zapas paliwa”, czyli rezerw tłuszczowych. Jeśli chmara poddając się kierunkowi wiatru po takim czasie lotu nad oceanem ciągle jeszcze nie widzi lądu, a morze jest spokojne, opada na jego powierzchnię. Pierwsze miliardy osobników, które tak wylądowały, tonąc, tworzą tratwę dla pozostałych członków chmary. Nie tylko to. Ciała ich stanowią dla tych, co przeżyli, zapas pokarmu, którym pożywiają się one kanibalistycznie, mimo że w zasadzie są czystymi wegetarianami. Dzięki temu mogą potem wystartować z tego makabrycznego „lotniskowca”.
Burze i deszcze natomiast niszczą chmarę lecącą nad powierzchnią morza całkowicie i w krótkim czasie.
Nad lądem zaś śmierć i zagładę przelatującej chmary szarańczy może sprowadzić tylko odwrotność „złej” pogody, a więc długi okres suszy. Wtedy bowiem powierzchnia ziemi staje się tak twarda, że nimfy wykluwające się z jaj na głębokości około dziesięciu centymetrów nie potrafią przebić się na powierzchnię przez stwardniałą skorupę. Wówczas widmo szarańczy znika bez śladu, równie nagle jak się pojawiło.
Oto sprzeczności w systemie życia: urodzeni na pustyni muszą z niej uciekać, aby żyć, po czym zamieniają żyzne rejony w pustynie. A gdy dzieła dokonali i nadchodzi susza, własny ich los, los miliardowych chmar, jest przesądzony. One, które same są żywiołową katastrofą, mogą ulec zagładzie tylko w żywiołowej katastrofie.
Środki niszczące, stosowane przez człowieka, nie wystarczają na plagi szarańczy. Zwierzę tak fenomenalnie przystosowane do warunków pustynnych nie daje się wytępić przez ludzkie metody zagłady. Właściwie może ono tylko zgładzić się samo.
W taki więc sposób życie podczas jedynej w swoim rodzaju orgii samo przyspiesza swój koniec. Skrajne formy służące przetrwaniu w środowisku właściwie martwym, jakim jest pustynia, w końcowym efekcie zmierzają do wymierania. Pustynna szarańcza urasta do rozmiarów okropnego symbolu tego, jak życie wyłamujące się z ogólnego porządku może się samo zniszczyć.
Miliardowe masy tych owadów odgrywają jak gdyby przedostatni akt życia w rejonie, w którym obszary Ziemi zasiedlone przez życie przechodzą w pustynne stadium końcowe naszej planety. Powierzchnia Marsa pokazuje nam doskonale ten los.
Ostatni akt tego ożywionego bytu mógłby wyglądać tak, jak nam dzisiaj ukazują solowce. W pośrodku ogromnej pustyni na amerykańskim Zachodzie po raz pierwszy spadł deszcz po kilkunastu latach. Powstają małe bajorka, a kilka dni później roi się w nich życie. Z jaj, których gołym okiem nie można odróżnić od ziarenek piasku i które dzięki temu trikowi
uniknęły pożarcia, wykluwają się miliony małych pustynnych skorupiaków. Są to właśnie solowce. W ciągu dwunastu dni, czyli w okresie, w którym takie bajorka zwykle się utrzymują, te bardzo maleńkie zwierzątka w niezwykłym tempie rosną do długości trzech centymetrów, osiągają dojrzałość płciową, składają w piasku niezliczone ilości jaj i umierają.
W trzynastym dniu bajorka znowu wysychają. Nie widać śladu żadnego życia. Spoczywa ono utajnione jedynie w jajach, aż do „odwołania”, do czasu gdy za dziesięć lub dwadzieścia lat znowu tutaj spadnie deszcz.

Paweł Wiśniewski

OCENA ARTYKUŁU

Pomóż nam budować ranking artykułów, oceń powyższy.
oceń artykuł
średnia ocen
4
Wykonawca: PERSABIO
Wszelkie prawa zastrzeżone

zamknij
zamknij

Czytaj artykuły z wybranej kategorii

kliknij w nazwę kategorii aby przejść do listy artykułów
zamknij

Znajdź specjalistę z wybranej branży

kliknij w nazwę branży aby przejść do listy specjalistów publikujących w niej artykuły